13 lutego 2015

On



I świat był czerwienią i on był czerwienią,
i każdy atom, każdy element, każdy pył i każdy dźwięk był czerwienią.
Oboje byliśmy jednym, a jedność była krwisto czerwona.
Nic jasnego, pastelowego różu, czy niewinnego błękitu.
Uczucia jarzyły się, emitowały toksyny, uwalniały naszą naturę.
Jego naturę.
Moją naturę.
Jęk. Pomruk. Oddech. Oddech.
Jego dotyk był palący.
Zdecydowany, niebezpieczny, desperacki.
Chciał być bliżej. Był bliżej.
Chciał moich ust. Miał moje usta.
Chciał dłoni. Je też już posiadał.
Nie wiedziałam, jak dać mu więcej, kiedy wszystko było wspólne.
Jak dać mu coś, co już miał na własność.
Jego skóra rozgrzana do czerwoności.
Dotyk delikatny, ruchy stanowcze.
Później dotyk stanowczy, ruchy spokojne, przemyślane.
Uczył się i uczył mnie.
Z każdą sekundą coraz więcej.
Z każdą sekundą coraz mniej.
Jęk. Szept. Oddech. Oddech.
Jego usta przy moim uchu.
Nie istniała przestań między nami, a jednak udało mu się przysunąć bliżej.
Jego ciepły oddech na mojej szyi,
jego ciężkie dłonie na mojej skórze.
„Dzisiaj bądźmy niczym” wyszeptał.
„Proszę. Proszę” powtarzałam.
Nie wiedział o co proszę.
Nie wiedziałam o co proszę.
Tylko jego usta znalazły drogę do moich ust.
Jego oddech zmieszał się z moim oddechem.
Jego dusza przesiąkała moją duszę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy