I świat był
czerwienią i on był czerwienią,
i każdy atom,
każdy element, każdy pył i każdy dźwięk był czerwienią.
Oboje byliśmy
jednym, a jedność była krwisto czerwona.
Nic jasnego,
pastelowego różu, czy niewinnego błękitu.
Uczucia
jarzyły się, emitowały toksyny, uwalniały naszą naturę.
Jego naturę.
Moją naturę.
Jęk. Pomruk.
Oddech. Oddech.
Jego dotyk był
palący.
Zdecydowany,
niebezpieczny, desperacki.
Chciał być
bliżej. Był bliżej.
Chciał moich
ust. Miał moje usta.
Chciał dłoni.
Je też już posiadał.
Nie
wiedziałam, jak dać mu więcej, kiedy wszystko było wspólne.
Jak dać mu
coś, co już miał na własność.
Jego skóra
rozgrzana do czerwoności.
Dotyk
delikatny, ruchy stanowcze.
Później dotyk
stanowczy, ruchy spokojne, przemyślane.
Uczył się i
uczył mnie.
Z każdą
sekundą coraz więcej.
Z każdą
sekundą coraz mniej.
Jęk. Szept.
Oddech. Oddech.
Jego usta przy
moim uchu.
Nie istniała
przestań między nami, a jednak udało mu się przysunąć bliżej.
Jego ciepły
oddech na mojej szyi,
jego ciężkie
dłonie na mojej skórze.
„Dzisiaj
bądźmy niczym” wyszeptał.
„Proszę.
Proszę” powtarzałam.
Nie wiedział o
co proszę.
Nie wiedziałam
o co proszę.
Tylko jego
usta znalazły drogę do moich ust.
Jego oddech
zmieszał się z moim oddechem.
Jego dusza
przesiąkała moją duszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz